Rynek stacji ładowania samochodów elektrycznych dojrzewa szybciej, niż wielu producentów chciałoby przyznać. Jeszcze kilka lat temu wystarczyło, że urządzenie „ładowało”, miało odpowiednią moc i spełniało podstawowe normy. Dziś to za mało. Klienci są coraz bardziej świadomi, instalatorzy coraz bardziej doświadczeni, a projektanci coraz mniej skłonni do przymykania oka na kompromisy konstrukcyjne.
Dlatego testy stacji ładowania przestały być formalnością. Stały się realnym sprawdzianem jakości produktu. I nie chodzi tu o to, czy stacja wygląda dobrze na renderach, ale o to, jak zachowuje się w rękach inżynierów, elektryków i projektantów, którzy wiedzą, gdzie szukać problemów.
Ten artykuł powstał na bazie rzeczywistych testów stacji ładowania AC przeznaczonej do użytku publicznego. Bez nazw własnych, bez marketingu, bez taryfy ulgowej. Jest to spojrzenie techniczne, instalatorskie i projektowe, czyli dokładnie takie, jakie powinno interesować inwestorów, zarządców obiektów i firmy wykonawcze.
Pierwsze wrażenie nadal ma znaczenie, ale nie może być jedynym kryterium
Nie da się ukryć, że pierwszym elementem, który rzuca się w oczy po rozpakowaniu stacji ładowania, jest jej konstrukcja mechaniczna. I wbrew pozorom nie jest to aspekt drugorzędny. Stacje przeznaczone do użytku publicznego pracują w trudnych warunkach. Są narażone na uderzenia, wandalizm, zmiany temperatury, wilgoć i intensywną eksploatację.
Solidna obudowa, odpowiednia grubość blachy, stabilność konstrukcji oraz sposób montażu elementów wewnętrznych to coś, co od razu buduje zaufanie do produktu. W testowanej stacji pierwsze wrażenie było jednoznacznie pozytywne. Konstrukcja sprawiała wrażenie przemyślanej i solidnej, co niestety nadal nie jest standardem na rynku.
Warto zwrócić uwagę na element, który często jest bagatelizowany, czyli sposób zamykania drzwiczek rewizyjnych. To detal, który w praktyce decyduje o trwałości stacji. Drzwiczki otwierane regularnie podczas serwisu, przeglądów i modernizacji muszą zamykać się pewnie i precyzyjnie. Luźne, podatne na odkształcenia zamknięcia bardzo szybko prowadzą do problemów z szczelnością i bezpieczeństwem użytkowania.
Głębsze oględziny zaczynają się tam, gdzie kończy się marketing
Prawdziwa ocena stacji ładowania zaczyna się dopiero po otwarciu obudowy. To moment, w którym znika opakowanie, a zaczyna się inżynieria. I to właśnie na tym etapie wychodzą na jaw decyzje konstrukcyjne, które mogą znacząco ułatwić lub utrudnić życie instalatorowi oraz projektantowi.
Jednym z pierwszych elementów, które przyciągają uwagę, jest sposób realizacji zasilania stacji. W testowanym urządzeniu zastosowano listwę zaciskową przygotowaną ewidentnie pod dwa niezależne kable zasilające. Na pierwszy rzut oka może to wydawać się rozwiązaniem neutralnym, ale w praktyce rodzi szereg pytań.
W stacjach z dwoma punktami ładowania standardowym podejściem jest doprowadzenie jednego kabla zasilającego, a następnie rozdzielenie obwodów wewnątrz urządzenia. Takie rozwiązanie upraszcza projekt, zmniejsza liczbę tras kablowych, ogranicza ilość zabezpieczeń w rozdzielnicy i jest po prostu bardziej logiczne z punktu widzenia instalacyjnego.
Przygotowanie stacji pod dwa kable zasilające oznacza większą ingerencję w infrastrukturę budynku, więcej pracy instalacyjnej i większą liczbę potencjalnych punktów awarii. To rozwiązanie nietypowe, które wymaga bardzo świadomego zastosowania i jasno określonego scenariusza projektowego.
Listwa zaciskowa jako przykład kompromisu, który boli w praktyce
Szczególną uwagę zwraca konstrukcja samej listwy zaciskowej. Układ zacisków przewidziany jako 2xL1, 2xL2, 2xL3 oraz 2xN sugeruje pełne zdublowanie torów zasilania. Tym bardziej zaskakuje fakt, że przewidziano tylko jeden zacisk dla przewodu ochronnego.
To nie jest drobiazg. Przewód PE nie jest dodatkiem ani opcją. Jest integralną częścią toru zasilania każdego punktu ładowania. Jeżeli listwa jest zaprojektowana pod dwa tory fazowe i neutralne, logiczne i bezpieczne byłoby przewidzenie również dwóch niezależnych torów ochronnych.
Tego typu asymetria w projekcie rodzi pytania o założenia projektowe i może prowadzić do problemów zarówno na etapie montażu, jak i późniejszej eksploatacji. Instalator zostaje postawiony w sytuacji, w której musi „poradzić sobie” z rozwiązaniem, które nie do końca odpowiada realiom instalacyjnym.
Zaciski na płytce drukowanej kontra rzeczywistość instalacyjna
Kolejnym istotnym aspektem jest sposób montażu listwy zaciskowej. W testowanym urządzeniu zastosowano zaciski osadzone bezpośrednio na płytce drukowanej. Teoretycznie jest to rozwiązanie poprawne, ale w praktyce wchodzi w konflikt z tym, jak wygląda 99 procent instalacji zasilających stacje ładowania.
Do zasilania stacji AC stosuje się przewody wielodrutowe. Mają one swoje zalety, ale również specyficzne właściwości mechaniczne. Druty mają tendencję do sprężynowania podczas montażu, a ich niewłaściwe ułożenie może powodować naprężenia przenoszone bezpośrednio na płytkę PCB.
W dłuższej perspektywie może to prowadzić do mikropęknięć, luzowania połączeń lub uszkodzeń ścieżek. To są awarie, które nie pojawiają się od razu. Ujawniają się po miesiącach lub latach, często już po zakończeniu gwarancji.
Znacznie bardziej odpornym i przyjaznym rozwiązaniem byłoby zastosowanie podwójnej listwy zaciskowej montowanej na szynie DIN. Jeden kabel zasilający, solidne połączenia i brak przenoszenia sił mechanicznych na elektronikę. To klasyka, która sprawdza się od lat.
Brak zabezpieczeń nadprądowych jako świadome założenie projektowe
W trakcie testów zwrócono również uwagę na brak zabezpieczeń nadprądowych lub kombinowanych zabezpieczeń różnicowo-nadprądowych bezpośrednio w stacji. Dla części użytkowników może to być zaskoczenie, ale w praktyce jest to rozwiązanie spotykane coraz częściej.
Założenie jest proste. Każdy tor zasilający punkt ładowania i tak musi być zabezpieczony w rozdzielnicy lub złączu kablowym. Przeniesienie zabezpieczeń do stacji zwiększa jej koszt, komplikuje serwis i w wielu przypadkach jest po prostu zbędne.
To rozwiązanie ma jednak sens tylko wtedy, gdy projektant i instalator mają pełną świadomość tej filozofii i odpowiednio zaprojektują instalację zewnętrzną. W przeciwnym razie łatwo o sytuację, w której stacja jest poprawna, ale instalacja do niej już niekoniecznie.
Zasilanie elektroniki sterującej jako przykład nieintuicyjnej decyzji
Jednym z ciekawszych wniosków z testów była obserwacja dotycząca sposobu zasilania elektroniki sterującej. W testowanej stacji układ elektroniczny zasilany był wyłącznie z jednego toru, odpowiadającego lewemu punktowi ładowania.
W praktyce oznacza to, że zadziałanie zabezpieczenia po stronie lewego punktu powoduje całkowite wygaszenie stacji. Urządzenie staje się nieaktywne, mimo że prawy punkt ładowania jest technicznie sprawny i mógłby pracować dalej.
Dla porównania, w sytuacji odwrotnej, gdy wyłączony zostaje prawy punkt, stacja zachowuje się poprawnie. Lewy punkt pozostaje aktywny, a użytkownik otrzymuje jednoznaczny sygnał w postaci czerwonej diody.
Takie zachowanie nie jest błędem w sensie normatywnym, ale jest problemem funkcjonalnym. Z punktu widzenia użytkownika i operatora infrastruktury jest to rozwiązanie nieoptymalne. Elektronika sterująca powinna być zasilana w sposób redundantny lub niezależny od pojedynczego toru ładowania.
Kable czy gniazda, czyli decyzja, która wpływa na cały projekt?
W trakcie testów pojawiło się również pytanie o dostępność wersji stacji wyposażonych w gniazda zamiast kabli. To temat, który coraz częściej wraca w rozmowach z inwestorami i operatorami.
Stacje z kablami są wygodne dla użytkownika, ale generują dodatkowe problemy eksploatacyjne. Kable ulegają zużyciu, są podatne na uszkodzenia mechaniczne i wymagają częstszych interwencji serwisowych. W przestrzeni publicznej oznacza to realne koszty.
Z kolei stacje z gniazdami dają większą elastyczność, są łatwiejsze w utrzymaniu i lepiej wpisują się w model infrastruktury półpublicznej i flotowej. Coraz częściej to właśnie one są preferowane na etapie ofertowania, chyba że klient świadomie wybierze inne rozwiązanie.
Ilość uwag a jakość produktu, czyli dlaczego krytyka nie oznacza porażki?
Na pierwszy rzut oka liczba uwag i spostrzeżeń może sprawiać wrażenie, że testowana stacja ma wiele wad. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Szczegółowa analiza jest możliwa tylko wtedy, gdy produkt jest na tyle dojrzały, że warto się nim zajmować.
Testowana stacja jest solidna, konkurencyjna i dobrze zaprojektowana w wielu kluczowych aspektach. Uwagi dotyczą nie fundamentalnych błędów, ale decyzji konstrukcyjnych, które można usprawnić. To różnica pomiędzy produktem, który „działa”, a produktem, który jest naprawdę dopracowany.
Podsumowanie bez euforii i bez litości
Testy stacji ładowania wykonywane przez zespoły inżynierskie pokazują rzeczy, których nie widać w katalogach. Solidna konstrukcja to dobry początek, ale o jakości produktu decydują detale elektryczne, sposób zasilania, logika zabezpieczeń i ergonomia instalacyjna.
Stacja, która przeszła taki test i nadal pozostaje konkurencyjna, jest produktem wartym uwagi. A konstruktywna krytyka nie jest atakiem, tylko narzędziem rozwoju. W świecie infrastruktury ładowania właśnie tego dziś potrzeba najbardziej.